Armia – historia prawdziwa. Część V.

Opowieści niesamowitych ciąg dalszy. Jako iż trudno po tylu latach zachować ciągłość, zresztą była by to niepotrzebna komplikacja, utrzymam poprzednio zastosowaną formę opowiastek.

O Broni słów kilka.

– Kiedy żołnierz ma prawo użyć Broni?
– Jak Bronia skończy 16 lat

Trudno wyobrazić sobie żołnierza bez karabinu, niby jest to możliwe ale jakoś tak nieoczekiwane. Zapewne co więksi miłośnicy militariów w tym właśnie celu szli do wojska aby sobie postrzelać. Obawiam się iż pewnie spora część się rozczarowała. Jak wygląda sprawa broni w WP (lub jak wyglądała 11 lat temu)? Po pierwsze, zanim dostaniemy broń do łapy musimy znać prawo użycia broni. Musimy je znać od przodu, od tyłu, w nocy o północy przy 12 promilach. Dopiero wtedy uczymy się rozkładać i składać karabin. Standardowo w SZRP* używa się karabinka AKMS47.

Info dla fetyszystów sprzętu zachodniego. Mimo słabszych parametrów niż sprzęty nowoczesne rosyjskie zabawki są w każdej kategorii lepsze. Od broni krótkiej po snajperską.

Nim oczywiście zapoznamy się porządnie z kałaszkiem uczymy się kierowania lufy we właściwą stronę przy pomocy karabinka szkoleniowego KBKS

Oczywiście prawo użycia broni swoją drogą a rzeczywistość swoją drogą. A więc trzeba umieć ocenić zagrożenie, jeżeli ktoś na nas idzie i nie reaguje na polecenia to strzał ostrzegawczy sobie odpuszczamy tylko robimy pacjentowi ładny otworek (ładny wlot, brzydki wylot. W sumie to na wylocie nic nie zostaje) pamiętając że jeśli przeżyje to już po nas. Jak to tłumaczyli goście na szkoleniu, nie macie szans z prokuraturą gdy postrzelony przeżyje i zezna (a zapewne tak zrobi) że nie zamierzał was atakować czy cokolwiek innego robić. Za to jak jest martwy to szanse na wolność są spore. Dla tych którzy się tym bulwersuję takie małe info. Niby powinien wartownik czekać na atak i wtedy podjąć wszystkie konieczne środki do użycia broni włącznie aby się bronić. Jak widać zapis jest tak wieloznaczny jak to tylko możliwe. Poszukajcie sobie w necie wyników badań na obronę przed atakiem nożem. Szansa przy dystansie trzech metrów jest znikoma. Na bliższym nawet szkoda mówić.

Ale idziemy dalej. Uczymy się więc rozkładać i składać karabin. Podpinać magazynek i ładować go (magazynek nie kałaszka) i tak w kółko kilka dni. Oczywiście cały czas go czyścimy. Do zarzygania. I tu pierwsze ciekawostki. Jestem rocznik 77 a kałasz był 76. Rdza wdupcała go szybciej niż byłem w stanie czyścic. Ale spoko. Prawdziwe jajca wyszły na strzelaniach. Otóż strzelając 2 razy w tygodniu przez trzy miesiące tylko trzy razy trafiłem w tarczę (nie w cel tylko ogólnie w tarczę). Ale to i tak pikuś z innymi. Jednemu się rozłożył zamek. Nikt nie wiedział że to jest w ogóle możliwe a jemu się rozłożył. Drugiemu pociski wchodziły do tarczy bokiem bo otwór był podłużny i w końcu mu tą broń zabrali. Moją chcieli wyregulować ale aby to zrobić trzeba wiedzieć w którą stronę znosi a to było niemożliwe. Oki teraz anegdotki.

Słonik biegiem marsz.

Standardowo po osiągnięciu kiepskiego wyniku żołnierz w ramach poprawy koncentracji biegał w masce do tarczy i z powrotem (2*100m), czasem zastępowane to było czołganiem się.

Zapory ogniowe

Pewnego dnia po szkoleniu na temat stawiania przeciwlotniczych zapór ogniowych (jest to strzelanie przez grupę żołnierzy w powietrze w wyprzedzeniu do lecącego samolotu umożliwiające jego zestrzelenie. To nie pomyłka ani skecz, tak naprawdę samolot można by udziabnąć z procy) mieliśmy iść na poligon aby to trenować. Nie pamiętam dokładnie co to było ale się nie załapałem z kilkoma innymi osobami na to ćwiczenie. Każdy nos na kwintę bo szkoda takiej atrakcji ale jeden z kaprali mówi „nie smućta się zobaczycie że super na tym wyjdziecie” No i faktycznie. Strzelanie było z ślepaków (aby kałasz przeładowywał po ślepaku jak po ostrej trzeba częściowo zaślepić lufę takim ustrojstwem. wtedy uzyskuje się skok ciśnienia w lufie który przeładowuje broń) a ślepaki tak zasyfiają lufę sadzami że po takich 10-15 strzałach nie było prawie przelotu. Czyścili tą broń prawie cztery godziny, a my mieliśmy luzy.

Ruchome cele

Wyjazd na strzelanie do celu ruchomego (było to jednym z zadań zaliczeniowych) przyjęto z entuzjazmem. No w końcu będzie można walić seriami z kałasza i to ostrą amunicją. Oczywiście najpierw wszelkie szkolenia i procedury ale wreszcie jesteśmy. Z moją giwerą nie liczyłem na wiele no ale chociaż postrzelam. No i już. Na stanowiska marsz (było pięć stanowisk). Ładuj broń. Cel -pal. Wyskoczył mi pierwszy ludzik,  spokojnie namierzam i już mam strzelać a tu ludzik leży. Co jest k…? Okazało się że leżący obok Baca walił do wszystkiego co się ruszało. Nieźle🙂 No ale dalej, jeszcze 4. Strzelanie fajne, ludziki padają, jednemu zostały nawet dwa naboje i nie zauważył. Broń odłożona, chorąży pyta czemu nie przestrzelona ten podnosi naciska spust i tylko drzazgi z kulochwytu poleciały🙂 Oj, miał musztrę jak złoto. Na koniec zszedł ten co był obserwatorem na wieży i powiedział że pic na wodę fotomontaż bo operator sam obalił większość celi aby było zaliczone🙂

Ogólnie szkolenie strzeleckie na szkółce nawet było by ok gdyby nie niedociągnięcia z bronią i lenistwo kadry np. nauka namierzania celu przy pomocy pocisków smugowych (do strzelania w nocy) w dzień. Myślę że jeszcze jeden, góra dwa odcinki i opuścimy już szkółkę.

2 thoughts on “Armia – historia prawdziwa. Część V.

  1. Ja tam w strzelaniu byłem dobry, urlopik miałem dodatkowy za to, z procy tez dobrze strzelam tak że krzywa lufa mnie nie przeraża, kwestia oswojenia z bronią, musisz ją pogłaskać, przytulić, przemówić do niej jak do zdezelowanego auta😉

    na szkółce kałacha miałem dobrego i swojego, a w macierzystej jednostce to porażka

Możliwość komentowania jest wyłączona.