Gdzie Diablak nie może tam Babią pośle.

W związku z aktualnym urlopem, który jest urlopem o tyle iż nie muszę taszczyć swoich czterech liter na miejsce stałego zatrudnienia, a nie jak co niektórzy mogli by przypuszczać że jest to słodkie wylegiwanie się pod palemką tudzież inną sekwoją🙂 Zresztą takie wylegiwanie w formie all inclusive czy może nawet extreme leniwiec party doprowadziło by mnie do szewskiej pasji po góra trzech dniach. Lubię łazić, zwiedzać, taplać się w błocku i robić inne cudne rzeczy. Żon lubi leniuszkować ale wspólnie od pewnego czasu chcieliśmy się wybrać w góry.

Pierwsze podejście kilka latek do tyłu było nie do końca udane. Kolejka na Kasprowy była dłuższa niż za komuny do mięsnego. Podejście piesze nie weszło w rachubę bo nasze panie wybrały się jedna w klapkach druga na obcasie🙂 Skończyło się pod Gubałówką na piwie. Dwa lata temu byliśmy w okolicach Baraniej Góry ale tutaj mojej żabce zdrowie nie służyło i tylko trochę pochodziliśmy po lasach. W tym roku ostatecznie i nieodwracalnie postanowiliśmy iść na żywioł i zaatakować Babią Górę.

Pierwsze podejście było kiepskie bo ze wszystkiego nie sprawdziliśmy pogody. Dobrze że nie pojechaliśmy bo trzeba by było przesiedzieć w schronisku cały wyjazd albo wracać do domu. Na szczęście wczoraj prognoza była wyśmienita i wybraliśmy się w drogę.

Nie należy się zniechęcać kiepskimi początkami więc gdy okazało się że droga z Jaszczórowej do Zawoi jest zamknięta żwawo podążyliśmy za sugestiami GPS’a drogą alternatywną. Koniecznie muszę kupić sobie atlas samochodowy bo to co zasugerował GPS woła o pomstę do nieba. Owszem było w miarę krótko ale nie było to warte niczego (i co śmieszniejsze on tą drogę wybierał w każdym trybie planowania). Nie mamy najmniejszego pojęcia za jakie grzechy musieliśmy jechać przez Grzechynię🙂 Skodzinka ledwo szła na jedynce a żabka miała takiego stresa że aż strach. A najlepsze jest to że wyjeżdżając z Grzechyni wyjeżdża się od strony znaku zakaz ruchu w obu kierunkach🙂 Ważne że się udało🙂

Byliśmy już prawie w Zawoi. Oczywiście dla GPS’a Zawoja to nie centrum ale wylot więc skończyliśmy na jakimś pustkowiu. Szybki powrót do centrum. Kupno mapy (mapa rzecz niezbędna) dojazd do Zawoja-Markowa do wejścia na teren Babiogórskiego Parku Narodowego, optymalizacja tego co bierzemy ze sobą na wyprawę, kupno biletów (7zł za parking, 10 zł za dwie osoby dorosłe, Kacper jako przedszkolak wszedł gratis) i wyprawa ruszyła z kopyta.

Na początek należy obrać dobry kurs. Do tego celu służy właśnie mapa z zaznaczonymi szlakami. I tylko sam Bóg wie dlaczego wszystkie odległości opisane są czasowo a nie dystansowo:/

Po pierwszych kilkuset metrach mały misiu „nie ma już sił”. „Weź mnie na barana” nie zadziałało i idziemy dalej. Co kilka minut odpowiadamy na pytanie „A daleko jeszcze?” Nie jest źle🙂

Robiąc 2 malutkie przystanki po drodze i jeden popas wreszcie dotarliśmy do schroniska na Markowych Szczawinach. Dla zainteresowanych pokój trójka to 37 zł za osobę plus po 8 zł za pościel. Drogo. W bufecie również. Ale w planach był nocleg na dole więc nie interesujemy się tym za bardzo. Tutaj również robimy po maleńkiej kanapeczce i w drogę. Prowiant mieliśmy własny więc koszty można powiedzieć minimalne. Oczywiście turyści z nas niedzielni, mam niby jako taką rozpiskę ale z tego co teraz wiem i czytam po fakcie niezłe jajca wyszły. Ale po kolei. Czasu jeszcze trochę było bo z pod schroniska wyruszyliśmy około godziny 14 tak więc padło na to że wchodzimy szlakiem czerwonym przez Przełęcz Brona.

Droga wiodła pod górkę🙂 Czasami dość stromo ale ogólnie bez przesady. Wszystkie misia dzielnie dawały sobie radę.

Okolica była całkiem urokliwa. Roślinność płynnie się zmieniała w zależności od wysokości. Ogólnie walory przyrodnicze były cudowne. Poza tym co chwilę spotykało się innych wędrowców z każdym wymieniając miłe dzień dobry. O ile w okolicach schroniska są widoczne ślady bytności miastowych (śmieci, puszki i inne odpadki) o tyle wyżej jest tylko dzicz🙂

To już Przełęcz Brona.

Można się z niej udać na Małą Babią Górę. Te czerwone paliki to granica, zdjęcie robione z Słowacji😀

My uderzamy jednak dalej szlakiem czerwonym na Babią Górę. Na zdjęciu betonowy słupek graniczny na które Kacper wołał „Kraków!”.

Oczywiście widoki na Zawoję i okolice rewelacyjne. Po krótkim popasie ruszamy w dalszą drogę.

Po wspięciu się troszkę do góry piękne widoki na Małą Babią Górę.

I na cel naszej wędrówki czyli Diablak.

Droga ogólnie naprawdę nie jest ciężka. Kacper dawał radę a mijaliśmy dużo więcej dzieci w jego wieku a nawet dwoje wyraźnie młodszych. Grunt to dobre obuwie, na szczęście nasze „adidasy” dawały radę całkiem nieźle. Jest również gdzie odpocząć a od Broniej idziemy przez takie jagodziny że i do brzuszka coś wpadnie🙂 Stanowczo również zwiększa się intensywność występowania „Dobrý deň”.

A to już Przełęcz Lodowa. Tutaj zaczyna być chłodno, nawet mocno. My mieliśmy ogólnie super pogodę ale jednak dodatkowa warstwa ciucha się przydała.

Mamy tutaj piękny widok na Zawoję z widocznym z prawej strony torem narciarskim na Mosornym Groniu (może się to pisze inaczej)

Oraz na Słowację. Widoki zapierają dech w piersiach.

Z tego miejsca dostanie się do celu naszej wędrówki to już niedzielny spacerek.

Ale najpierw ostatni popas. W końcu ile mogę taszczyć te jajka🙂

Pod szczyt dojść jest łatwo, natomiast samo wchodzenie nie jest trudne ale trzeba uważać na juniora. Usypisko dość sporych skał może być trudne do sforsowania mimo wytyczonego szlaku.

I wreszcie jesteśmy na szczycie. Pełnie i niczym nie zafałszowane 1725 m n.p.m. Nawet mogliśmy się rozsiąść na tym czymś przypominającym ołtarz ofiarny🙂

Gdyż niestety kamienne ławy były oblezione na maksa przez innych.

Podsumujmy, startując około godziny 12 z parkingu u wejścia do BPN’u byliśmy na Diablaku o godzinie 16:10. Czyli bez wielkiego stresa weszliśmy tam w jakieś 4,5 godziny. Szkoda było wracać tą samą drogą a na Przełęcz Krowiarki było za daleko (zwłaszcza że trzeba było jeszcze dojść do samochodu), sprytne misie zrobiły to czego nie powinny robić czyli rozpoczęły schodzenie szlakiem żółtym zwanym Percią Akademików.

Nikt spryciarzom nie powiedział że skoro nie ma na szczycie znaku kierującego na szlak to się tam nie idzie bo jest on jednokierunkowy (zazwyczaj nie bez powodu). No ale nic, schodzimy. Na początek nieźle, potem jest tak stromo że schodzisz prawie pionowo a w dole dno daleko. Ale idziemy. Nawet fajnie tyle że uważać trzeba bardzo. Niestety po około 30 minutach doszliśmy do ściany gdzie trzeba zejść po łańcuchach i klamrach. Z Kacprem zrobiliśmy to bez większych problemów ale żon ma stresa i lęk wysokości. Na szczęście udało się. No to już spokój, chwila odpoczynku i dalej. Ale, ale panocku to nie koniec atrakcji. leziemy półką skalną o szerokości w porywach do 50 cm, przeplataną strumyczkami. Na szczęście jest trochę łańcuchów przy ścianie więc dajemy radę. Dobrze że wąsko bo inaczej żab by mi jajca urwał😦 Na szczęście szybko schodzimy na dół i dość wygodnie spacerkiem dochodzimy do schroniska z którego wyruszaliśmy.

Szybki popas plus terapia odstresowywująca i wyruszamy na dół do samochodu. O dziwo mimo niesamowitego zmęczenia doszliśmy w regulaminowym czasie przewidzianym na znakach🙂 I tu szybka zmiana decyzji. Sił brak a jutro na pewno nie będzie lepiej, poza górami nic tu nie ma, szkoda kasy na nocleg  a do domu ledwo 70 kilometrów więc wracamy.

Jeszcze tylko szybkie wejście na jakąś zakąskę w Zawoi. Szkoda że nie popatrzyłem co to za lokal bo tak pysznych tortilli z kawałkami kurczaka (i nie był to udawany kebab tylko normalna pierś z chikena pokrojona w paski i panierowana) nie jedliśmy. Frytki również były rewelacyjne co odkryłem jak tylko Kacper wymienił swoje frytki na moją kanapkę🙂 Ceny niczym nie sugerowały lokalu turystycznego, zaś pan który akurat tam obsługiwał był bardzo miły.

W trakcie posiłku walka z GPS’em który nie przyjmował do wiadomości że nie chcemy jechać przez Grzechynie. Co ciekawe w żadnym trybie planowania nie opuszczał tej trasy. Dopiero wspomagając się mapą zaprojektowałem mu trasę wieloetapową do Makowa Podhalańskiego i dopiero stamtąd dotarliśmy bez problemu do domu.

Dzisiaj aby się zrelaksować pojechaliśmy na Kryspinów niedaleko Krakowa. 20 zł wejściówka rodzinna (w planach był aquapark ale cena zaporowa za godzinę a tutaj no limits) plus czysta woda i nawet czysta plaża pozwoliły żonowi wypocząć a mi i Kacprowi wytaplać się do woli🙂

Kilka widoczków z gór.

A to Kacper na „Krakowie” czyli prawdziwy światowiec🙂

One thought on “Gdzie Diablak nie może tam Babią pośle.

  1. fajna wyprawa, miejsca widać nie zatłoczone a to duuuży plus, byłem tam😀 też już jestem na urlopie i chociaż nigdzie nie jadę, (planuję ewentualnie jednodniowe wypady i bynajmniej nie weekend) to drugi odpoczywam tzn. od dziś:)a w przyszłości mi się marzy min. ponownie Śnieżkę zaliczyć ale to wypad na dłuższy czas

    pozdrówy:)

Możliwość komentowania jest wyłączona.