Armia – historia prawdziwa. Część IV

Witam ponownie. Przerwa dość długa ale domowy survival na przetwory wszelakie w pełni. O tym wkrótce. Wracamy do wojska.

Dzisiaj w formie krótkich anegdotek o tym i owym na szkółce wojskowej.

Bo tu nie mówią po naszemu psze pana!

Pierwsze nasze wyjście z jednostki na manewr „oczyszczania” poligonu, chorąży mówi do mnie, „skocz no do magazynku na małej sali gimnastycznej i przynieś sipy„. Poszedłem ale spokoju mi to nie daje, co to kurna ta sipa. „Będzie spoko” myślę. Otwieram magazynek a tam gratów co nie miara. Chciał niechciał trzeba było poszukać pomocy w tłumaczeniu na nasze🙂 Okazało się że sipa to łopata do piasku. Zabrałem wszystkie i wio z powrotem.

Koszenie bez kosy. Survival.

Zaopatrzeni w łopatki przemaszerowaliśmy dziarsko na poligon (około 2 kilometrów). A tam chaszcze niemiłosierne. No po cyc lekko (a mam prawie 180cm), co z tym robić? Ano kosić. Ale kurka wodna gdzie kosy? No i tutaj pierwsza lekcja survivalu wojskowego, koszenie łopatą! Ale się trzeba było namachać, no po prostu obłęd. Ale w trzy dni po kilka godzin daliśmy radę🙂

Satelity. Ale nie szpiegowskie.

Jako iż w wojsku umiejętność obrania wyznaczonego kierunku jest niezwykle ważna, kadra zwraca baczną uwagę na wszelkie omyłki czy niedoróbki. Niestety mój model posiada wadę fabryczną w postaci absolutnego braku orientacji która strona jest która. Tak więc na wszelkie komendy typu zwrot w prawo / lewo miałem 50% szans na to iż mi się uda. Przeważnie mi się nie udawało😦 W ramach edukacji na tym polu każdy omyłkowicz dostawał misję satelita. Polega ona na tym iż kompania sobie maszeruje a Ty popylasz dookoła tej kompanii za każdym razem gdy przebiegasz przed jej frontem podnosząc naprzemiennie rękę w górę i krzycząc „to jest moja prawa / lewa ręka„. Na dwóch kilometrach marszu machniesz szóstkę lekko🙂

Impotencja

Wojskowa kuchnia może nie obfituje w witaminy i mikroelementy ale na pewno nie brak jej bromu. Brom to taka fajna substancja uśmiercająca wszystkie poza siku funkcje pisiora. Ma to trojakie znaczenie. Pierwsze to takie że wiadomo jak to czasem rano bywa, a więc w tym przypadku chodzi o unikniecie tworzenia kompleksów u żołnierzy. Drugie znaczenie to takie iż (powtarzam za kapralem ale chyba to prawda) do przysięgi nie jesteś żołnierzem i możesz na przykład skoczyć na dziewczynki. Na kilka dni na przykład🙂 Niby będziesz szukany i minimalnie ukarany ale faktycznie to Twoi opiekunowie mają przerąbane. Stad prewencja. No i opcja trzecia. Większość to młodzi faceci buzujący hormonami a stąd już niedaleko do sodomickich orgii🙂 Oczywiście wojsko stanowczo temu zaprzecza.

Najniezbędniejsza umiejętność.

Sądząc z czasu spędzonego na opanowywaniu różnych czynności wychodzi mi iż najważniejszą z nich było maszerowanie krokiem defiladowym. Nogi to nam już po tygodniu odpadały. A cały krok defiladowy wykorzystać udało się w sumie może dwukrotnie. No ale rozkaz to rozkaz. Za to najśmieszniejsze w tym było to iż w bodajże czwartym plutonie był niejaki Miszkura. Gość bez synchronizacji ruchów. Nie potrafił zsynchronizować prawa ręka – lewa noga tylko zawsze się rozstrajał. Co się kadra naskrzeczała to po prostu boki zrywać. A gość był drugi albo trzeci wzrostem więc zawsze szedł z samego przodu. Nic tak nie wybija z rytmu jak gość idący stylem dowolnym🙂

Amba i parowanie.

Amba zadomowiona jest w wojsku do bólu. Praktycznie nie ma szans zostawienia czegoś na później bo Amba to wchłonie. Szczególnym przypadkiem było parowanie. A było to tak. Jeden z tych pozytywnych oszołomów o których wspominałem pierwszą czynnością jaką nabył było przełażenie przez mur (a przy naszej kompanii był wielgaśny z drutem kolczastym) i rozpoznanie terenu w celu zlokalizowania przybytków sprzedających promile. Tak około dwóch tygodni po starcie szkolenia Korzeń wpada do pokoju i mówi „tu jest cennik ze sklepu, róbcie listę i idę na zakupy” radości było co niemiara, rozumu już mniej. Gość poszedł do sklepu. Kupił bodajże 20 piw, 10 wódek i jakąś nalewkę. I normalnie prawie się udało, miał zajść od tyłu i oknem mieliśmy wciągnąć w koszu nabytki. Niestety wyczaił go szef kompanii. Mocz. Przed obiadem apel. Kompania ta i ta podpadła przemycając alkohol. Skonfiskowano 30 piw, 10 wódek, 2 nalewki. Na drugi dzień na apelu przypomnienie nagany dla kompanii z tym że skonfiskowano piw 20, wódek 6. Po kilku dniach jeszcze raz wypomniano nam te 10 piw i flaszkę wódki a potem chyba wypili wszystko bo sprawa się rozeszła🙂 To było zaawansowane parowanie cieczy🙂

Dobry schowek kontra jeszcze lepszy.

Oczywiście później już zaopatrywaliśmy się mniejszymi rzutami bez przeszkód. Ja tylko piwo bo jeszcze byłem prawie abstynentem. Pewnego dnia ktoś wykrył pod parkietem schowek. Podnosiłeś kilka klepek a tam nora całkiem spora🙂 Oczywiście ładowali tam całą kontrabandę. Jako że piłem mało i nie chciałem dzielić się z Ambą wynalazłem pewien myk. Mieliśmy na kompanii cztery kibelki z dolnopłukami. Do każdego na luziku wchodziły trzy puchy więc miałem zapas dwunastu schłodzonych browarków. Technika spożycia dowolna. Myk do WuCetu, siad na tronie i ambrozja🙂 Jak się wkrótce okazało o tej skrytce wiedziała niższa kadra i kiedyś zrobili nalot zgarniając takie zapasy że niektórym łzy w oczach stały. Mnie wyczaili że piję ale do końca nie doszli gdzie trzymam🙂

Myślę że na dzisiaj wystarczy.

Do zobaczenia wkrótce.

3 thoughts on “Armia – historia prawdziwa. Część IV

  1. co do tej orientacji w prawo – w lewo to skecze były, jak stało 50 chłopa to nie było szans żeby któryś z tymi zwrotami nie nawalił i od początku, itd., myśmy też na kompani mieli takiego, co to jak szedł to jednocześnie z prawą nogą do przodu wystawiał prawa rękę, zero synchronizacji i podoficer włosy z głowy rwał🙂, na dodatek każdy brechtał co kończyło się kolejnymi konsekwencjami, utrzymanie w takich warunkach kamiennej twarzy Indianina – pokerzysty było niemożliwe😀 czas do przysięgi coraz krótszy a mechaniczne ręce poborowego niereformowalne, swoją drogą jakbyś chciał to tak się chodzić nie da, no pod tym względem to był z niego oryginał trzeba przyznać🙂

Możliwość komentowania jest wyłączona.