Armia – historia prawdziwa. Część III

Witam w kolejnym odcinku.

Dzień drugi rozpoczął się pobudką o godzinie 6.00. Do godziny 6.10 trzeba być oporządzonym na poranny rozruch fizyczny zwany zaprawką. Polegało to na bieganiu w majtkach i koszulkach dookoła placu apelowego. Fajnie jak nie jest zimno, jak jest chłodno to troszkę nie halo. Po skończeniu zaprawki powrót na kompanię, szybkie golenie plus wskakiwanie w mundury i apel poranny.

Na apelu nie dzieje się nic specjalnego, jak zwykle, z wyjątkiem dni kiedy podpadamy, wtedy jest ciekawiej🙂 Na apelu kontrola golenia, jest ciężko. W cywilu goliłem się jeden raz na tydzień a i tak pojawiało się uczulenie, gdybym się próbował ogolić częściej to gęba czerwona jak burak. A tu normalnie trzeba co dzień, ehh. Chociaż i tak nie miałem najgorzej, na początku coś się tam jeszcze ściemniło więc co drugi dzień dało się ogolić (oczywiście tylko zimna woda) dużo później opatentowałem metodę polegającą na tym iż na apel szedłem nieogolony. Oczywiście czujne oko zaraz mnie dostrzegało i zostawałem ja i inni delikwenci odsyłani do łaźni celem poprawy stanu ogolenia. Jako że czasu na apel nie było dużo bo zaraz jest śniadanie, można było posiedzieć kilka minut na kompanii i wrócić bo już nikt się twoim zarostem nie interesował. Jak już wspomniałem nie miałem najgożej, chodzi o to że zarost mam w miarę jasny. Najgorzej mieli goście idealnie czarni, nie ma bata żeby się do takiego żołnierza nie dowalili.

Z apelu pomykamy na śniadanko. Tutaj wspomnimy już o kuchni po raz pierwszy. Na jednostce były o ile się nie mylę dwie kuchnie dla żołnierzy, jedna oficerska i jedna która prowadziła normalną sprzedaż posiłków. Nie wiem co było na oficerskiej ale sądząc z ilości eksportowanych na zewnątrz jednostki składników przez osoby tam pracujące musiał być przepych (wartownicy byli odpowiednio wcześnie poinformowani że mają się wypchanymi siatami nie interesować bo to się nie opłaca). W bufecie żarcie było ok i nie drogie co miało spore znaczenie gdyż trzeba było się wspomagać. Za to kuchnie dla szerszych mas to był artyzm na maksa. Wszystko co się dało było spierdolone. Odżywianie się w tych stołówkach to był realistyczny hardcore. Szef kompani nam próbował wytłumaczyć to w ten sposób że źle się gotuje takie duże ilości posiłków i często nie wychodzi. Natomiast z własnego doświadczenia wiem jak i zapewne Ci z Was którzy mają do czynienia z gotowaniem że im większa ilość tym mniejsze szanse na spierniczenie plus można jeszcze dużo przyprawami natworzyć.

Po obiedzie poszliśmy do szpitala na odbycie obowiązkowego szczepienia „dur – tężec”. Dlaczego w cudzysłowie? Ano dlatego iż to szczepienie zwane popularnie „delbeta” na pewno z tym nie miało nic wspólnego. Nie przeszedłem w życiu jednego szczepienia więc wiem iż zazwyczaj tak buteleczka jak i opakowanie są wyraźnie oznaczone i opisane. Te „szczepionki” to były białe fiolki w zwykłych nieoznaczonych kartonach. Po tym zabiegu byłeś nie do ruszenia w wojsku przez żadne pospolite choróbska, chyba że…

No właśnie, chyba że Twój organizm nie bardzo wiedział co z tym szczepieniem zrobić. Na drugi dzień wszyscy mieliśmy ręce jak banie, opuchlizna na maksa. Aby było śmieszniej rano były pierwsze testy sprawnościowe😀 I od razu niestety podpadka, bo ja jestem buntownik do samego końca psze państwa. Egzaminujący nas chorąży kazał mi się podciągać. Na jednej ręce nie dam rady a druga tak boli że nie utrzymam się nawet więc mu mówię że nie dam rady. To on na to że zamiast się cztery razy podciągnąć mam zrobić dziesięć pompek. Na to ja bez zastanowienia odpaliłem „Chłopie raz się nie podciągnę a mam pompki robić? Bez jaj.” Miałem się więc od razu przyjemność zapoznać z podstawowym narzędziem represji czyli bieganiem. Jak już wspomniałem, biegać lubiłem i nie męczyło mnie to więc mogłem sobie polatać. Na to wszystko mój organizm się wyłożył i dostałem tak zarąbistego krwotoku z nosa że wylądowałem w szpitalu. jak się później dodatkowo okazało wszystkim oprócz mnie i jeszcze jednego gościa opuchlizna zeszła. Tak więc oni na następny dzień dostali drugi zastrzyk a my nie🙂

Wrócimy teraz do dnia drugiego. Po zastrzykach rozpoczęliśmy podstawowe szkolenie wojskowe polegające na opanowaniu technik zbijania się w grupę zwaną tutaj szykiem. Prawidłowej synchronizacji ruchów przy marszu i innych niezwykle „potrzebnych” w wojsku umiejętności. Ale o tym kiedy indziej. W między czasie okazało się że jeden z naszej grupy (wołaliśmy go Misiek ze względu na tuszę, ale gość był przesympatyczny) nie wydala fizycznie. Okazało się iż gość jest w II grupie zagrożenia zawałowego tak więc jakikolwiek intensywny wysiłek nie jest wskazany. Oczywiście komisja stwierdziła że jest ok i go przysłali, nasza kadra chciała się go pozbyć ale się nie dało bo „Gdyby był w I grupie to co innego ale jak jest w II to może coś tam robić”, tak więc gość był zwolniony z wszelkich ćwiczeń i wysiłkowych prac przez całą szkołę, czy później go zwolniono czy nie to już nie wiem.

Po ćwiczeniach kolacja, sprzątanie kompanii i apel wieczorny. O sprzątaniu kiedy indziej. Po apelu czas na toaletę, to część dla ludzi o silnych nerwach🙂 Jako że było pięć plutonów na kompanii mycie przebiegało według numeracji przy czym jednego dnia od jeden do pięć a następnego odwrotnie. Miało to spore znaczenie gdyż dopiero przy trzecim plutonie zaczynała z kranów lecieć ciepła woda🙂 Na „toaletę” było pięć minut. Po wszystkim do pokoi, wskoczyć w piżamki i przygotować się lulu. Tutaj już zaczęło nam się co nie co nie podobać no bo po intensywnym upoceniu się przez cały dzień liczyliśmy na czystą bieliznę. No nic jesteśmy twardzi więc do rana doczekamy. Rano oczywiście nikt o tym ani me ani be więc zaczęliśmy się dopytywać. I tu szok. Wymiana bielizny (majty / koszulka) raz w tygodniu w czwartek połączona z kąpielą (też jeden raz) bo prawdziwego żołnierza najpierw czuć potem widać. Oczywiście możesz sobie rzeczy prać ale wieczorem masz ledwo czas na skarpetki, w dzień wypierzesz w wolnej chwili ale potem nie wysuszysz bo nie ma suszarni a powiesić gdziekolwiek nie wolno bo zjebka, plus latasz cały dzień bez majtów co szybko kończy się obtarciem🙂

Tak więc higiena w wojsku to poważna sprawa nie dla mięczaków😀 Wspomnę jeszcze od razu o mundurach. Po dwóch tygodniach śmierdzisz dalej niż widzisz, po czterech mundur wchodzi w stan permanentnej wodoodporności. Wymienić można jedynie gdy się zniszczy, ale gdy zaczęliśmy na potęgę „wpadać na różne ostre przedmioty” w celu wymiany munduru, to również przestało być uzasadnieniem. Oczywiście magazyny mundurowe były pełne😦

Wspomnę jeszcze drugą noc. Jak się okazało na komisji lekarskiej przepuszczono też niezłego ćpuna. Nikt się ni zainteresował jego rękami a miał je tak pokłute że mała bania. Otóż właśnie drugiej nocy skończył mu się chaj na jakim był od przyjazdu. Ehh co taki gość na głodzie potrafi to szok. Najpierw zaczął dymić w pokoju (był chyba w trzecim plutonie) Ci co go chcieli uspokoić zebrali niezły wpierdyl. Kapral który miał dyżurnego i poszedł na interwencję też zebrał baty więc zadzwonił po wartę. Przyszedł dowódca warty z dwoma żołnierzami, zarobili wpierdol krzesłem. Dopiero jak się zwaliło 12 wartowników gościa poskromili i w trybie natychmiastowym pozbyli🙂 A gość szczerze powiedziawszy był niepozorny.

To be continued …

3 thoughts on “Armia – historia prawdziwa. Część III

  1. Od tego trzeba zacząć że przymusowy pobór to było wielkie nieporozumienie no ale było jak było, ja się z własnych obserwacji w szufladkowanie pobawię:)

    Grupa pierwsza to ci bardziej sprytniejsi kombinatorzy ze znajomościami itp. uniknęli służby a spokojnie mogliby służyć i się sprawdzić.

    Druga grupa to byli ci co się nie udało uniknąć, albo chcieli iść spełnić swój obowiązek, odbębnić swoje itd. (tacy trochę frajerzy na tle grupy pierwszej) – czyli my ;D

    Trzecia grupa to ludzie którzy w ogóle do woja się nie nadawali, niejednokrotnie ludzie schorowani ,tudzież oszołomy i pewnie gdyby było w czym wybierać to by nie poszli no ale musieli statystykami za grupę pierwszą nadrobić bo, ktoś do tego wojska musiał iść!.

    I sprawy zdrowotne to był duży problem, raz że ściemniaczy mnóstwo, jeden z drugim wstać nie może to do lekarza, na strzelanie jechać nie chce to do lekarza, zajęcia go nudziły to do lekarza, itd. przez co wytworzyło się ogólne pojęcie że żołnierz ściemnia, a jak ktoś był naprawdę chory to się to lekceważyło. Kuzyn w reprezentacji mało co się nie wykończył, bul brzucha no ale młody przecież ściemnia!, ot i wyrostek już rozlany ledwo go odratowali, potem doglądali opieka full wypas, normalnie z dnia na dzień stał się najważniejszym pacjentem🙂, po tym incydencie wypuścili go do rezerwy.

  2. No to ja wspomnę podobnego kolegę ale już z jednostki. Chłopak miał jedną nogę krótszą o około 3 cm. Coś w stawie biodrowym. Kategoria A. Odbębnił 3 miesięczne szkolenie nie mam pojęcia jak. Dopiero jak do nas przyjechał na jednostkę zrobiła się afera ja ta-la-la. W trybie ekspresowym gość poszedł do cywila. A wystarczyło że powiedział by że to się stało w wojsku i renta do końca życia zapewniona. Był uczciwy i napisał oświadczenie że to miał już wcześniej. Szkoda tylko tych kilku miesięcy straconych.

  3. te historie z higieną osobistą to mnie trochę zaskoczyły
    jakoś wcześniej w opowieściach nikt się tym nie chwalił

    trochę obciach dla wojska, takie fakty

    a co do poboru, to jak pisałem, z jednej strony było gadanie – idź do woja to zmężniejesz – ale z drugiej strony w moim środowisku wymiganie się od woja to był punkt honoru każdego, taki dowód na spryt i inteligencję

Możliwość komentowania jest wyłączona.