Życie na widelcu.

Żyjemy w coraz większym pędzie. Niespełnione sny o bogactwie czy chociażby o wybiciu się ponad dość wysoko umieszczoną poprzeczkę przeciętności. Niestety poprzeczka podnosi się coraz bardziej strącając nas tym samym w otchłań niespełnienia i frustracji. A tymczasem tak niewiele przecież potrzeba aby być szczęśliwym, wystarczy być pojedzonym, ubranym, mieć zapewnione lokum z ogrzewaniem w zimie i dość czasu aby zadbać o swój rozwój. Niniejszy poradnik (całkowicie za free) będzie właśnie poświęcony sposobowi na osiągnięcie tego celu. A droga może być wyboista.

Na początek oczywiście musimy ponieść pewne koszta. Jak to w życiu bywa nie ma nic za darmo. Po głębokich przemyśleniach i analizach doszedłem do wniosku iż koniecznie trzeba zaopatrzyć się w tytułowy widelec. Oczywiście widelec widelcowi nie równy, oto krótkie porównanie :

 

Widelec plastikowy zwany również jednorazowym. Całkowicie nieprzydatny. Nikt nie potraktuje nas poważnie.

 

 

 

 

Widelec drewniany. Dokładnie jak wyżej. Szkoda fatygi.

 

 

 

 

Widelec do serwowania. Nadaje się dobrze, wymaga jednak zdecydowania i pewnej ręki. Osoby niedoświadczone w posługiwaniu się nim mogą sobie życie skomplikować. Gwarantuje rezultaty przy sporym nakładzie (tracony po użyciu, trzeba kupować nowy)

 

 

 

Idealny dla początkującego jak i dla zawodowca. Po opracowaniu własnej techniki może stać się niesamowitym narzędziem pracy.

 

 

 

Ok, krótki przegląd narzędzi za nami. Teraz opowiem o naszym celu. Naszym celem jest dostanie się do celi🙂 Dlaczego? Ano dlatego że : mając zapewnione utrzymanie na poziomie 76zł dziennie (dane z zeszłego roku) nie musimy robić nic ani ponosić żadnych wydatków (zwłaszcza gdy nie palimy).

Wyobraź sobie. Wstajesz rano (nie za wcześnie bo to szkodzi na cerę), siku, higiena, śniadanko. Następnie w celu ożywienia umysłu 15 minutowy spacerek na świeżym powietrzu. Wracasz do pokoju, kawusia plus gazetka (w przypadku braku Twojej ulubionej gazetki piszesz skargę do naczelnika) następnie małe drugie śniadanko. Odpoczynek do obiadku, po obiedzie możesz zająć się rozwijaniem własnej osobowości poprzez lekturę, medytację czy dowolne inne techniki. Podwieczorek i kolacja. Sen. I tak codziennie z minimalnym zróżnicowaniem. Błogo, czyż nie?

Wracamy do planu. Zaopatrzony w narzędzie pracy wychodzisz z domu. W miejscu publicznym (w końcu liczy się efektywność, ileż można pracować) najlepiej na przystanku podchodzisz do wybranego obiektu pracy (ważny jest jego prawidłowy wybór. Jak porwiesz się na gościa postury Pudziana cały plan może wziąć  w łeb) i pytasz na przykład o godzinę. Gdy tylko otrzymasz niesatysfakcjonującą cię odpowiedź wyjmujesz widelec i dziabasz delikwenta w łopatkę, obojczyk, udo czy inne nieszkodliwe miejsce. Wskazany jest wcześniejszy trening aby w pierwszym momencie dziabnąć co najmniej 7 razy.

Jeżeli dobrze wybrałeś grupę roboczą chwilę później powinieneś leżeć na ziemi przygnieciony kilkoma spoconymi ciałami. Jest dobrze. Pozostaje zaczekać na przyjazd policji. Tutaj wskazany jest lekki opór przy aresztowaniu (ale bez przesady) tak aby Twoja karta pracy miała bardziej profesjonalny wygląd. Po dowiezieniu na komendę musimy poświęcić chwilę na załatwienie formalności. Koniecznie pamiętamy iż na pytania o cel/motyw odpowiadamy „bo mnie wkurwiał„. Ma to swoje istotne znaczenie.

Po krótkim czasie (chyba że mamy pecha) lądujemy w sądzie. Tutaj musimy pamiętać o tym aby nie robić z siebie idioty. Co prawda pierwsza sprawa zakończy się raczej szybko, bez wnikania w sens naszej pracy. Wyrok w zawiasach i do domu. Pierwszy etap za nami.

Wychodząc do domu powinniśmy otrzymać nasze narzędzie. W końcu ani to broń biała ani długość ostrza nie ma powyżej 8cm. Oczywiście jesteśmy świadomi tego że nie osiągnęliśmy jeszcze naszego celu. Aby się nie przepracować zostawiamy to na następny dzień.

Drugi dzień pracy rozpoczynamy dobrym śniadankiem. Wskazana jajecznica na kiełbasie. W końcu trzeba mieć i siłę i dobry nastrój. Powtarzamy operację wielokrotnego dziabnięcia. Przeczekujemy cały cyrk związany z biurokratyzacją pracy i lądujemy w sądzie. Tutaj pojawia się ryzyko że nie zostaniemy potraktowani należycie poważnie i odeślą nas na badanie psychiatryczne. Oczywiście jesteśmy normalni i tak się zachowujemy. Jednak aby mieć z tego jakąś przyjemność na teście Rorschacha cały czas uparcie powtarzamy że widzimy nic innego tylko plamę (oczywiście pamiętamy że są różne plamy).

Gdy cała procedura się zakończy powinniśmy wreszcie osiągnąć stabilizację poziomu życia. Oczywiście nie będzie to stabilizacja stała. Na początek sukcesem będzie dwu – trzy letnia. Pamiętać musimy iż niedobra nasze państwo będzie chciało nas eksmitować w połowie. Nie przejmujemy się tym gdyż przy wyjściu i tak oddadzą nam widelec🙂

Wreszcie po kilkunastu – kilkudziesięciu latach pracy będzie można pomyśleć o emeryturze (w końcu kto pracuje ten ma), W tym celu musimy jednak ponieść pewne wydatki. Zdobywamy laptopa, tudzież ryzę papieru i pióro jeśli jesteśmy tradycjonalistami i spisujemy nasza biografię nadając jej jakże chwytliwy tytuł niniejszego posta. Oczywiście nie będzie problemów z wydaniem książki. Kto w końcu nie słyszał i Widelec-Manie? Zbijamy kapitał i cieszymy się starością w jakimś ciepłym kraju leżąc pod palemką z nieodłącznym widelcem u boku.

THE END

7 thoughts on “Życie na widelcu.

  1. hahaha oszołom:)

    a wiesz przypomniało mi się jak byłem w wojsku to dzienna stawka żywieniowa na więźnia była większa niż na poborowego, w końcu twój wkład dla kraju musiał być mniejszy niż takiego, więźnia – potencjalnego pisarza który mógł bestselerem kraj rozsławić🙂

    O wydaniu książki zapomnij, musiałbyś już mieć nazwisko wyrobione, to biznes jak każdy inny, nawet by ci nie odpisali na twoje wypociny, chociażby to był widelczy Harry Potter😀

  2. a ja w woju nie byłem
    robiłem wszystko aby tam nie trafić
    wybrałem studia

    ale teraz mam uczucie, że coś straciłem, stchórzyłem i wcale mi z tym nie jest dobrze
    może to byłaby strata czasu jak mówią co niektórzy – ale teraz żałuję, że nie stawiłem temu czoła

  3. No to tak szczerze Ci odpowiem (Arszu nie słuchaj bo on był na kompanii totalnych oszołomów😀 ).
    Mieliśmy z nim o tyle dobrze że byliśmy w nieistniejącym już dowództwie 9 batalionu czegoś tam. On radiooperator ja elektromechanik (pierwszy przykład cudu. Nie rozróżniałem śrubki od nakrętki a zostałem elektromechanikiem). Wyżywienie mieliśmy rewelacyjne co wskazuje na to iż stawka żywieniowa w wojsku to bardziej średnia niż rzeczywista wartość. Zwłaszcza jak porównało się to z wiadomościami od przyjezdnych którzy oczom nie wierzyli co dostajemy jeść.

    Może kojarzysz taki tekst :
    „Tutaj kończy się logika
    A zaczyna się wojsko”

    To święta prawda. Jedyne co można powiedzieć „pozytywnego” o armii to to że albo się złamiesz albo uodpornisz. 90% rzeczy których się od Ciebie wymaga nie mają najmniejszego sensu. Nawet więcej one są wręcz szkodliwe. A armia strzela sobie w stopę pozwalając na to. Zresztą co to za armia?

    Może warto by to było opisać? Tylko czy mnie nie zamkną😀

  4. Ale dizajn zrobiłeś jak tu kliknąłem to myślałem że przekierowało mnie na stronę jakiegoś hrabstwa, co za przepych ;D

    R-O

    jeśli wybrałeś studia bo, chciałeś studiować a konsekwencją tego było nie pójście do armii to o żadnym tchórzostwie nie ma mowy, ale jeśli studiowałeś tylko po to żeby nie iść do wojska (i te studia ci coś dały) to też dobrze zrobiłeś, natomiast jeśli uciekałeś przed wojem na uczelnie która i tak nie wiele wniosła w twoje życie to lepiej było iść do woja, chociażby postrzelać sobie z AK-47 , ja bardzo to lubiłem. Tak to widzę. Też unikałem ile się dało. W sumie to potwierdzę że to strata czasu była, no ale teraz to się człowiek z tego śmieje:),

    Tomek, tak wyżywienie było dobre dopiero po 3-miesięcznej szkółce, we właściwej jednostce, o tej o której piszesz, i bez przesady jedliśmy chyba to samo;) jednak to nie zmienia faktu że biorąc nawet to uśrednienie, więzień miał większą stawkę żywieniową niż żołnierz. Co oznacza że jak mieliśmy „rewelacyjne” wyżywienie to w jakimś tam więzieniu było ono wyśmienite, a jeśli ty miałeś wyśmienite to więzień wyśmienite + lampka wina🙂 itd.

    Załamać to się można było ale nad tymi co to 10 pompek nie mogli zrobić, a byle jaki tor przeszkód traktowali jak salę tortur:) Durnota była wszechobecna, rozejrzyj się jednak dookoła i zastanów czy czasami w koszarach nie bywało normalniej niż teraz;)

  5. wątpię – władza ma armię w głębokim poważaniu
    można pisać ile się chce – i tak armię de facto zlikwidują

    pisz – ja przeczytam

    oczywiście studiować chciałem, ale niechęć do woja też była
    pompek robiłem 50, codziennie coś trenowałem, 3x w tyg. pływanie, reszta codziennie 20-25km rowerem

    myślę, że fizycznie dałbym radę
    studia mi także coś dały, ale ostatnie 2 lata na uczelni to była już naprawde strata czasu, szkoda że wtedy nie było licencjatow

    EDIT: Skleiłem posty

  6. Spokojnie dałbyś radę, chyba że desant by ci się zamarzył, tam był większy zajazd, i skoki. Ogólnie wszelkie opowieści o wojsku są grubo przesadzone, ot takie popisywanie się wojaków czy rezerwistów co oni to nie przeżyli😉

  7. Arszu tak to jest jak się ma szczęście i całą prawie służbę przesiedzi na „obiekcie strategicznym”. Mega czubków na jednostce nie mieliśmy ale dwóch miesięcy z Alvaro byś pewnie nie wytrzymał😀

Możliwość komentowania jest wyłączona.